e-kultura.pl
Gdzie jest człowiek, tam jest i sztuka.
(Stanisław Witkiewicz ojciec)
Powrót
Hall Martin
MARTIN HALL (ur. 26.04.1963 w Danii) – piosenkarz, kompozytor, multiinstrumentalista, autor tekstów, reżyser teatralnych performance'ów i projektów multimedialnych, pisarz.

Grę na instrumentach zaczął ćwiczyć w wieku 10 lat na Akademii Fortepianu i Muzyki w Kopenhadze. Pierwszy raz zarejestrował swe twórcze dokonania, kiedy miał 17 lat, w ramach awangardowego projektu Ballet Mecanique – chodzi o album "The Icecold Waters Of The Egocentric Calculation" z 1981 r. Zaskakujące są te pierwsze działania Halla, pełne dzikiej ekspresji, eksperymentalnych, industrialnych brzmień, zgrzytów i wrzasków, tak odmienne od późniejszych dojrzałych realizacji. W latach 80. pracował z wieloma grupami teatralnymi, a także pisał i reżyserował projekty multimedialne i teatralne performance'e z własną grupą The Art Ensemble Of Copenhagen. Stworzył między innymi formację Under For kontynuującą styl Ballet w 1982 r., rok później – SS-Say – wraz z Inge Shannon. W 1988 r. ukazała się długo wyczekiwana płyta "Presence", na której opus magnum stanowi utwór... "Magnum Opus". Martin Hall wyraźnie zmierza już w kierunku nowoczesnego, zainspirowanego elektroniką popu z klasycznymi aranżacjami i instrumentacją. W tym samym roku wydany został singiel "Beat Of The Drum", który stał się najczęściej granym singlem 1988 r. w duńskich radiach.
Lata 90. przyniosły Hallowi kolejne sukcesy: Nagrodę Honorową Duńskiego Stowarzyszenia Kompozytorów (1995), 3-letni grant na rozwijanie twórczości, album "Random Hold" (1996) uznany za najlepszy album lat 90. w Danii. W 2006 r. nagrał pierwszy od 7 lat solowy album zatytułowany "Fasimile", który okrzyknięto najdoskonalszym w jego dotychczasowym dorobku. Koncert w Glyptoteket, słynnym duńskim muzeum, na którym towarzyszy mu 17 muzyków klasycznych został zarejestrowany przez Danish National Radio. Wspaniale wnętrze, podniosły nastrój, a jednocześnie niesamowita kameralność i intymność tego wydarzenia czyni je jednym z najważniejszych dokonań muzycznych Martina Halla. Rok później został wydany boks "Catalogue (Martin Hall 1980-2007)" zawierający 5 płyt cd i dvd, które prezentuje rozwój kariery muzycznej artysty w tym okresie. W 2010 r. zostaje nagrodzony za najlepszy duński koncert 2009 r. W tym samym czasie jego album "Hospital Cafeterias" pojawia się na listach najlepszych płyt 2009 r.
Martin Hall jest zdecydowanie człowiekiem renesansu, tak wszechstronnym, że trudno ogarnąć jego bogatą w doświadczenia z tylu dziedzin biografię. W Danii słynie także jako utalentowany powieściopisarz i nowelista. Potrafi niespodziewanie zmieniać gatunki, a w każdym porusza się doskonale. Jego eksperymenty muzyczne stanowią kamień milowy w historii współczesnej muzyki duńskiej. Od czasów awangardowego projektu Ballet Mecanique przebył długą drogę i znalazł się praktycznie na drugim jej biegunie, a zarazem nigdy nie odszedł od swych pierwszych dokonań dość daleko, aby te ostatnie przestały być z nimi tożsame. Nawet w najbardziej klasycznych, harmonijnych utworach nie brakuje ekspresji, zgrzytów, śmiałych kontrastów, a wszystko tak spójne i świadome, choć jednocześnie spontaniczne i świeże. Można to wytłumaczyć tylko jednym: geniuszem artysty, który wie, co robi, a cokolwiek robi, za cokolwiek się bierze, staje się to nim przesiąknięte, dla niego charakterystyczne, doskonale indywidualne, perfekcyjne przez jego dążenie do perfekcji...

fot. www.martinhall.com

http://www.martinhall.com/uk/ 

WYWIAD z 30.06.2010: MARTIN HALL specjalnie dla gramofonu odpowiadał na pytania Rafała Tomaszczuka

RT: Jesteś mistrzem w wielu stylach muzycznych. Jak udaje Ci się je łączyć i brzmieć nadal jak Martin Hall?
MH: Dla mnie wszystkie dźwięki są niczym odciski palców - coś bardzo charakterystycznego. Głos ludzki jest łatwo rozpoznawalny, zupełnie jak twarz. Jak przestępcy, artyści pozostawiają swoje DNA na miejscu zbrodni, mówiąc metaforycznie. Nie można uciec od smageo siebie. Nasza natura nas definiuje. Myślę, że podobnie jest z muzyką - zarówno jako piosenkarz i kompozytor rzucasz cień, coś, co zostawia ślad na muzyce.

RT: Kto był Twoją pierwszą inspiracją muzyczną - i kto jest nią dzisiaj?
MH: Właściwie nie pamiętam. Przypominam sobie, że słuchałem Le Sacre du Printemps Stravinskyego jako bardzo młody człowiek, co wywierało na mnie potężny wpływ. Ale potem znowu Sex Pistols równie mocno oddziałowywało na mnie jako nastolatka. Obecnie przeważnie słucham dyskretnych dźwięków, cichej muzyki - bez wokali, perkusji, czegoś takiego.

RT:
Które spośród Twoich własnych kompozycji i albumów są tymi ulubionymi?
MH: Wolałbym nie musieć dokonywać wyboru. Zrealizowałem wiele różnych projektów, więc w pewien sposób wszystkie one stają się aspektami, odmiennymi wersjami tego samego muzycznego poszukiwania i wysiłku - środki wyrazu mogą się różnić, ale źródło pozostaje to samo. Jednak cenię sobie utwór taki jak Camille (2002) ze względu na jego spokój i piękno, ale albumy jak Random Hold (1996), Facsimile (2006) czy Hospital Cafeterias (2009) są także bardzo bliskie memu sercu.

RT:
Jesteś samoukiem czy kształciłeś się muzycznie?
MH: Zaczynałem na Akademii Fortepianu i Muzyki w Kopenhadze, kiedy miałem 10 lat, grając na gitarze klasycznej, lecz potem nadszedł czas punka i porzuciłem studia w wieku 16 lat. Dalej sam uczyłem się gry na większości instrumentów - perkusji, pianinie, skrzypcach i innych - więc myślę, że jestem kimś, kogo mógłbyś nazwać szalonym miksem, będąc początkowo szkolony, a następnie przekształcając w całkowicie rozwiniętego samouka.

RT:
Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?
MH: Jestem bardzo rozmiłowany w twórczości Goldmunda. Jego utwory fortepianowe są cudowne. Jak już przyznałem, nie słucham głośnych materiałów jak dawniej - myślę, ze nasyciłem się tym w latach 80. Przeważnie słucham teraz soundtracków i artystów takich jak Pan-American, Sylvain Chauveau, Hauschka, tego typu nazwisk. Z drugiej strony naprawdę uwielbiam pieśniarza Ernesto Tomasini, włoskiego pochodzenia banshee falsetto Londynu, wykonawcę w kastrackim stylu często wystepującego z pianistą Othonem Mataragasem.

RT:
Piszesz bardzo piękne i poetyckie teksty. Co było inspiracją do napisania "Another Heart Laid Bare"?
MH: Tytuł "Another Heart Laid Bare" jest parafrazą rozdziału Dzienników Intymnych Charles'a Baudelaire'a zatytułowanego "My Heart Laid Bare". Oświadcza tam, że wielcy indywidualiści nigdy nie stają się wielcy dzięki okolicznościom, lecz przeciwnie, stają się tacy wbrew okolicznościom. Myślę, że wielu artystów może się podpisać pod tym stwierdzeniem. Piosenka sama w sobie opowiada o alienacji, która następuje po związku, który dobiega końca, ale, jak w większości moich piosenek, jest kilka tematów naraz w tekście. Wolę już nie analizować nadmiernie swojej pracy. Kiedyś starałem się tłumaczyć rzeczy od razu, ale powód, dla którego coś umieszczasz w tekście i muzyce, jest taki, że to jest to, co postrzegasz jako najlepszą formę dla tego szczególnego uczucia lub jako zrozumiałe w tym określonym czasie - więc wydaje się bezcelowym, by potem wchodzić w zbyt wiele tłumaczeń na temat tej samej rzeczy. Piosenka istnieje z tego powodu, by wyrazić to szczególwne uczucie lub stan umysłu, i w przypadku "Another Heart Laid Bare" myślę, że to wszystko, co potrzebujesz wiedzieć.

RT:
W moim odczuciu "Magnum Opus" jest jedną z najpiękniejszych piosenek, jakie kiedykolwiek napisano. Powiedz coś o jej powstaniu.
MH: Dziękuję bardzo. To raczej długa historia. Zacząłem grać muzykę w bardzo młodym wieku, nagrałem mój pierwszy utwór jako 16-latek, w sumie proces ten wstrzelił mnie w status pewnego rodzaju undergroundowej gwiazdy rocka na początku lat 80. Jednocześnie z tym pojawił się styl życia, jakiego mógłbyś się spodziewać po kimś na tej pozycji. W każdym razie, zimą 1984 i 1985 roku zmarło pięć bardzo bliskich mi osób; moja własna matka popełniła samobójstwo i czterech przyjaciół zabiło się albo przedawkowało narkotyki. Więc na wiele sposobów wydawało się, że to koniec drogi w tym punkcie czasu - nie mogłem tak naprawdę iść dalej tą samą drogą, co wcześniej, i zdecydowałem przestać grać muzykę na jakiś czas. Odszedłem w pewnego rodzaju metafizyczną pustkę i odwiedziłem wiele dziwnych ezoterycznych zgromadzeń, właściwie żyłem z dala od dotychczasowego życia przez jakieś dwa lata. Potem zdecydowałem się znów tworzyć muzykę i nagrałem album Presence w 1988 roku, z którego pochodzi kawałek "Magnum Opus". To bardzo nerwowy, jakby Sturm und Drang utwór - dzieło symfoniczne, taki popowy Wagner można powiedzieć. Zarówno "Magnum Opus", jak tytułowy kawałek "Presence", to oświadczenia, deklaracje, piosenki trwające odpowiednio 10 i 12 minut każda. Jeśli brać osobno teksty, to całkiem obszerne utwory, bardzo zagęszczone w sferze zawartości i obrazowości. Te dwie pisoenki były moim sposobem odniesienia się do przeszłości i oddania hołdu teraźniejszości oraz przyszłości. W tym czasie to było moje pożegnanie ze starym światem i zaproszenie nowego.

RT:
Jak dobierasz sobie muzyków, z którymi współpracujesz?
MH: Oni zdają się pojawiać całkowicie naturalnie w trakcie drogi. Myślę, że wybór muzyków, z którymi grałem na koncertach pod koniec 2009 roku, był moim prawdopodobnie najlepszym i nie zdarzyło mi się grać w lepszym składzie. We wrześniu 2010 roku koncert w Kościele Św. Pawła w Danii zostanie wydany na DVD, czym jestem ucieszony, ponieważ gram w zasadzie niewiele koncertów - w ten sposób ten materiał będzie dostępny także dla moich europejskich słuchaczy.

RT:
Jesteś jednym z ostatnich romantyków? Kogo widzisz jako swego następcę?
MH: Nie wiem. Zadebiutowałem na początku lat 80., więc w ciągu 90. byłem często odnoszony do pewnego rodzaju ikony lat 80., ale gdy ludzie używali tego wyrażenia, nigdy nie byłem pewien, o jakich latach 80. mowa - o 1880-tych czy 1980-tych? Myślę, że jest wiele paraleli pomiędzy tymi dwoma okresami czasu. Oba były bardzo dramatycznymi, zorientowanymi na nerwowy niepokój interwałami w czasie, nacechowanymi hyperwrażliwym zeitgeistem. Wzmocniły nowy estetyczny standard i odegrały rolę, budując fundament dla idei i percepcji, które tworzyły następne stulecie. Powaga i wigor tradycji romantycznej to coś, do czego nawiązuję dość łatwo - jej potrzeby i pożądanie wszytkiego lub niczego. W tym sensie zawsze siebie uważałem za romantyka, tak.

RT:
Czy masz jakieś niemuzyczne hobby?
MH: Wolałbym nie używać słowa "hobby", to jakby sugeruje, że potrzebujesz zrobić sobie przerwę od tego, co robisz, a mnie to nie dotyczy. Oczywiście wiem, co masz na myśli, ale zdaję się przeżywać zarazem agonię ekstazy odnalezeienia swego "powołania", jeśli chcesz użyć tego typu frazeologii. Jak wiesz, poza twórczością muzyczną także piszę, więc w sposób oczywisty literatura jest dla mnie niezwykle ważna - to raczej dla mnie jak oddychanie, coś nieodzownego do życia. Czytanie i pisanie to, bez cienia wątpliwości, najważniejsze funkcje mojego obecnego życia.

RT:
W jakim kraju, poza Danią, mógłbyś wyobrazić sobie swoje życie?
MH: Gdziekolwiek wypełniałbym swoją funkcję - gdziekolwiek byłby dla mnie jakiś cel. Nie jestem tak naprawdę już osobą, która chętnie podróżuje. Kiedyś dość dużo podróżowałem, ale teraz potrzebuję powodu, by to robić. W innym przypadku wybieram samotność, odizolowanie od różnych procesów, w które jestem wciągnięty. Ale gdybym potrzebował przenieść się gdzieś z jakiegoś powodu, to byłby to najprawdopodobniej inny europejski kraj - najchętniej o zimnym klimacie. Nie przepadam za latem.

RT:
Mógłbyś opisać swój proces twórczy? Co pojawia się najpierw muzyka czy teksty?
MH: Bywa różnie. Nie mam na to przepisu. Przedtem pisałem większość piosenek, używając gitary, ale w tym stuleciu wybranym przeze mnie instrumentem był fortepian. Zazwyczaj piosenka zaczyna się od obrazu albo linijki tekstu, stanu umysłu.

RT:
Twoja książka "The Last Romantic" została przetłumaczona na litewski. Czy to możliwe, by Twoja ostatnia powieść "Kinoplex" ukazała się w Polsce?
MH: Trudno powiedzieć. Na razie rękopis trafił do różnych europejskich wydawców, którzy wykazali zainteresowanie książką, ale to za wcześnie, by móc już coś powiedzieć. Biznes wydawniczy działa - podobnie jak muzyczny - w dziwny sposób. Dzisiaj jest taka obfitość książek na rynku, że konkurencja w naturalny sposób jest ogromna. Ale byłoby bardzo miło mieć "Kinoplex" wydany w Polsce. Chciałbym zwiedzić Warszawę któregoś dnia, a jaka lepsza okazja mogłaby się nadarzyć niż ta związana z publikacją książki? Więc zobaczymy.

RT:
Dziękuję Ci bardzo i życzę wielu inspiracji do stworzenia kolejnego arcydzieła.
MH: Dziękuję bardzo za uwagę.

tłum. M. Masłowiecka

Wersja oryginalna wywiadu

[ powrót ]

Koncerty
Newsy
Premiery
Recenzje
Debiuty
Klasyka
Artyści
Polecane
Strona główna